Wiersze Zosi

 

Wiersz Tobie Podhale

Tobie chwała Podhale

Które w sobie masz ten czar nakaźny

Iż niewolisz serca ludzi z dolin

Cóż dopiero dusze synów głaźnych

Tobie chwała Podhale

Ziemio przez lud ukochana boska

Cóż ja jestem – pasterz na twej hali

Co się sercem o twą wielkością troska.

 

 

Po złożeniu egzaminu maturalnego, Zosia przebywając w Porębie, pisze wiersz:

Chciałabym umrzeć dziewczyną młodą

Nad tą przeźroczą, nad jasną woda,

Nad tym szumiącym leśnym strumieniem,

Co mnie mych marzeń wita wspomnieniem.

Chciałabym umrzeć z dala od tłumu,

Pośród cichego leśnego tłumu,

Gdzie w ciszy pełnej ogromnej treści

Modlitwą każda trawa szeleści.

W niebiosa pną się świerków kolumny

Czołami wsparte w stop nieba dumny,

A woda szemrze Bogu w ofierze

Niby szeptane tłumnie pacierze.

Chciałabym umrzeć w samo południe

Żeby mi słońce świeciło cudnie

I żeby widna mi była droga

Z tej smutnej ziemi, aż hen do Boga

Słałyby drzewa szepty smutnymi

Ostatnie „żegnaj” do Matki-Ziemi,

A woda czarem swych głębokości

Nuciłaby mi pieśń o wieczności.

Pieśń o wieczności, o wiecznej ciszy,

Gdzie wie się wszystko, choć się nie słyszy,

Gdzie zna się wszystko, nie przez spojrzenie,

Gdzie wzlecę cieniem – jak innych cienie

Tak mi się smutna dumka snuje,

Że jeżeli bardzo stara umrę,

To mnie już nikt nie pożałuje,

Kwiatów nie rzuci mi na trumnę.

A gdybym tak umarła teraz…

Tak sobie o tym myślę nieraz.

Wszak nie zbadane sądy Boże.

Za rok, za miesiąc jutro może.

Ja śmierci bardzo się boję

Bom nagrzeszyła bardzo wiele,

A ksiądz powiedział raz w kościele,

Że choćbym jak się spowiadała

Pokute przejść będę musiała.

I tylko się troszkę boję

Bom nagrzeszyła bardzo wiele,

A ksiądz powiedział raz w kościele,

Ze choćbym jak się spowiadała

Pokutę przejść będę musiała.

Więc różnie sobie kombinuję

Że teraz ktoś mię pożałuje,

Pomodli za mnie się do Boga,

I tak powoli znika trwoga.

Gdy przyjdzie chwila, że na wieki

Oczy zakryją mi powieki,

To mi pobożnie splotą ręce,

Sukienkę dadzą długa, białą.

Potem położą mię w trumience,

Kwiatów przyniosą masę całą.

I będę sobie tak leżała,

Taka cichutka, taka biała.

Pośród łez, płaczu i żałości,

Tylko w mym sercu nie zagości

Uczucie żadne…

Kwiaty przyniosą takie ładne!

Ja bym bardzo, bardzo chciała,

Żeby sukienka była biała,

Żeby wśród kwiatów były róże,

Takie pąsowe, cudne, duże.

Wezmę je z sobą do mogiły,

By ze mną sen wieczysty śniły,

By mi ostatnie aromaty

Słały najmilsze sercu kwiaty.

Niechaj tu za mną nikt nie płacze,

Matuchnę moja tam zobaczę.

I wy najdrożsi kiedyś przecie

Tam razem ze mną się znajdziecie.

 

Zosia zachorowała na ziarnicę złośliwą. W grudniu 1929 roku przewieziono ją z Zakopiańskiego szpitala do kliniki prof. Tempki w Krakowie. Walenty piwowarczyk wspomniał, że kiedyś będąc na przepustce odwiedzał Zosię w klinice, światło słoneczne padło na jej ręke; Zosia była tak wycieńczona, że promień słońca przeświecał dłoń na wylot, widoczne były kości jak przez pergamin.

Pan Bóg wysłuchał wiersza Zosi i spełnił jej prośbę!

Tak się stało, jak sobie życzyła. Umarła mając 21 lat, w cudny słoneczny dzień, południową porą. Miała białą sukienkę, białą trumnę i pąsowe róże.

 

 

 

Opis wsi Koninek- fragment z powieści „Komornicy”

W cichej, głębokiej kotlinie leży górska wioszczyna: Koninki. Przytuliły ją Gorce do piersi i objęły z dwóch stron ramionami. Dokoła spadającej wartko roztoki leśnej rozłożyły się osiedla mniejsze i większe po dwa, cztery i więcej zabudowań.

Grunta jałowe, kamieniste, podnoszą się z obydwu stron wody ku ogołoconym z lasów górom. Na wąskich, poprzecinanych wysokimi miedzami zagonach szarzeją nierzadko potracone kępy, zarośnięte gęstą krzewiną. Stoki gór pokryły nagie, skaliste ugory, na których bydło rokrocznie zberczy zębami po próżnicy. Trudno skuść trawę, gdy jej nie ma… Pastwiska te i tłoki, jałowcami porosłe, opierają się drobnymi przylaskami o długie wyręby.

W Koninkach cicho żyją ludzie. Góry odcięły ich od świata, z którym łączy ich tylko jarmark, odpust lub jakie wielkie święto. Poza tym nic. A prawda! Jedno jeszcze: zarobek. Co roku bowiem część młodych opuszcza wieś „Ja chleba”. Tłucze się za nim po świecie i wraca z dziwnymi opowieściami o „tamtych krajach”, ale z próżnymi rękoma i, co najczęściej, utyranym zdrowiem.

 

Wiersze Orkana

Szara kraino jałowców i polan bardzo mi bliska sercu od kołyski przed żadną siłą nie uginem kolan lecz Tobie jestem pokorny i niski.

 

Tym wierszem Orkan rozpaczał pisanie swoich nowel:

Ukochałem lud biedny nad miarę

Bom się jego pieśnią wykołysał

Ukochałem zwyczaje i gwarę,

 którem dziecko z piersi jego wyssał

 

Co mnie wiąże z ludem

Jeszcze szerzej powiem

Choć mi wielu wiary nie da

To nie dola która w nim się szerzy

Oto wspólna towarzyszka bieda

 






















 

IAP Portal - (C)opyright by Interaktywna Polska